Tadeusz Biały


Ostatni raz widzieliśmy się w Warsza­wie przy Dworcu Cen­tral­nym. Tadeusz szedł razem z żoną Olą. Nie musi­ałem pytać, po co przy­jechali i dokąd idą. Wiedzieliśmy, że od dłuższego czasu wal­czył z chorobą, z jej kole­jnymi nawro­tami. I że się nie poddawał.

Poz­nal­iśmy się w Merze, gdzie prze­cież, co zrozu­mi­ałe, wszyscy znali prawie wszys­t­kich. Zna­jo­mość z Tadeuszem wyglą­dała zgoła inaczej, bardzo prędko z ofic­jal­nej prze­rodz­iła się w pry­watną. Był osobą skromną, nien­arzu­ca­jącą się w grupie, w towarzys­t­wie. Wystar­czyło jed­nak zamienić z Nim kilka zdań na konkretny temat, mieć do załatwienia jakąś sprawę, by zauważyć, że słuchał rozmówcy bardzo uważnie, bodaj zawsze patrząc prosto w oczy, i cho­ciaż z natury małomówny, roz­maw­ia­jącego z nim nie pozostaw­iał w niepewności. Stwierdzał albo „tak”, albo „nie”, a jeśli padło to pier­wsze, można było pozostać w przeko­na­niu, że sprawa będzie załatwiona. Bez zbęd­nego gada­nia, wiel­kich obiet­nic. Krótko, zwięźle.

Przepra­cował w Merze 35 lat, prze­chodząc różné stanowiska służbowe, aż do awansu na mis­trza na Wydziale P-​1, skąd odszedł na emery­turę. Znał dobrze zakład i ludzi. I jego też znano. Tak jak inni, przez wiele lat przemierzał codzi­en­nie trasę do Mery i z powrotem. Z ulicy Sochaczewskiej, gdzie wtedy mieszkał. Tak się złożyło, że byliśmy sąsi­adami, mieszkaliśmy w sąsied­nich blokach, więc zdarzały się okazje i do spotkań pry­wat­nych, albo u nas, albo u nich. Tadeusz, na pozór poważny, surowy, w isto­cie był towarzyski, dow­cipny, lecz niekon­flik­towy i niehałaśliwy.

Mijały lata, doras­tały dzieci, przyszła emery­tura. Już jako emeryt czas jakiś pra­cował w Poni­atówce. Był to dla Niego zupełnie nowy rozdział. Inny świat, inne realia, ale i tu prędko dał się poz­nać jako chodząca solid­ność, a jed­nocześnie jako złota rączka. Nic dzi­wnego, taki fachowiec!

Urodził się 4 grud­nia 1930, zmarł 24 kwiet­nia 2009. W gorący dzień 29 kwiet­nia zebral­iśmy się nad trumną Tadeusza. Nieczęsto na pogrze­bie koś­ciół bywa tak wypełniony. A tak liczna obec­ność to najlep­szy dowód dobrej pamięci, jaką odchodzący zostawia po sobie. Przys­zli wszyscy, którzy wiedzieli i którzy mogli przyjść. Przys­zli z potrzeby serca. Z żalu i przez pamięć o Nim.

Roman Nowoszewski

(BIS 2009, nr 5)

Odpowiedzi

smutne

Witam pana - jestem dawnym pracownikiem mera-blonie i znaliśmy się osobiście - mieszkaliśmy obok siebie i dzisiaj czytając te smutne wiadomości uzmysławiam sobie o mijającym czasie, odchodzą ludzie z dawnych lat, jakże innych od dzisiejszych, ale pamięć po nich pozostanie w nas - serdecznie pozdrawiam Andrzej Taszer.

Skomentuj